„Drunk History — Pół litra historii” nadawany na żywo z Międzynarodowej Szkoły Barmanów w Warszawie. Ciemny lokal, jeden stół i żadnego łącza na miejscu — a mimo to pięćdziesiąt minut transmisji dla widzów Comedy Central.
Światło jest takie, jakie zastaniesz. Miejsca na sprzęt tyle, ile zostanie między stołami. Akustyka drewnianej sali z butelkami na ścianach pracuje przeciwko Tobie, a nie dla Ciebie. I nie ma zaplecza, do którego można wynieść skrzynie.
Do tego program szedł na żywo na Facebooka zanim odcinek trafił na antenę Comedy Central. Transmisja była więc zapowiedzią formatu, a nie jego zapisem — i nie miała prawa się zaciąć, bo oglądali ją ludzie, których stacja dopiero chciała przekonać do serialu.
Najbardziej prozaiczna przeszkoda: w lokalu nie było łącza, na którym dałoby się oprzeć półgodzinną transmisję na żywo.
Reżyserka w skrzyniach, rozstawiona tam, gdzie nie wchodzi ani w kadr, ani w drogę gościom. W lokalu nie ma miejsca na wóz, a i tak nie byłoby gdzie go zaparkować.
Sony XDCAM: plan ogólny stołu i dwa ujęcia na rozmówców. W ciemnym wnętrzu decyduje jasna optyka i ustawienie, nie liczba kamer — czwarta nie miałaby gdzie stanąć.
Dwa Teradek Bond na modemach LTE. Skoro w lokalu nie było na czym oprzeć transmisji, łącze przyjechało razem z ekipą.
Pełna realizacja dźwiękowa i bezprzewodowy interkom Altair Audio. W programie opartym na rozmowie to dźwięk decyduje, czy widz zostanie do końca — obraz może być kameralny, dźwięk nie może być przypadkowy.
W ciasnym lokalu wygrywa nie ten, kto przywiezie więcej sprzętu, tylko ten, kto wie, czego nie rozstawiać.
Trzy kamery, flypack w kącie sali i łącze zbudowane na dwóch Teradekach.
Dla stacji najważniejsze było to, że transmisja nie wyglądała jak materiał promocyjny, tylko jak kawałek samego programu. Ten sam lokal, ten sam ton rozmowy, ta sama scenografia — tyle że na żywo i wcześniej niż w telewizji.
Powiedz, gdzie i o której — przyjedziemy zobaczyć miejsce przed wyceną.